poniedziałek, 30 grudnia 2013

Kamerdyner


No i znowu jestem rozczarowana. Specjalnie zwlekałam z publikacją swojego rankingu najlepszych filmów 2013 roku, gdyż szczerze liczyłam, że znajdzie się w nim 'Kamerdyner'. Jak wiedzie nie znalazł się.
Wszem i wobec trąbi się, że to kandydat do Oscara, podejrzewam, że rzeczywiście będzie nominowany w paru kategoriach, baa może i rzeczywiście jakiegoś dostanie.  Jestem wręcz pewna, że moja ocena byłaby inna, gdybym miała inny kolor skóry lub chociaż mieszkała w USA, bo głównym bohaterem 'Kamerdynera' jest czarnoskóry mężczyzna Cecil Gaines kamerdyner ośmiu prezydentów Stanów Zjednoczonych, przez swoją pracę staje się naocznym świadkiem wydarzeń, które zmieniają świat. Zanim zacznę narzekać  powiem coś o dobrych stron tego filmu.
Obsada 'Kamerdynera' naprawdę zachwyca-Forrest Whitaker, Oprah Winfrey, Mariah Carey, Lenny Kravitz, John Cusack, Jane Fonda. Wszystkie te gwiazdy 'błyszczą' na ekranie, tak, że nawet nie sposób przyczepić się do aktorstwa amatorów takich jak Mariah Carey czy Oprah Winfrey.  Ale oczywiście najjaśniej 'błyszczy' Forest Whitaker.
Film wizualnie prezentuje się dobrze, zdjęcia wykonano z precyzją i niesamowitym dbałością o każdy szczegół. Więc o co mi chodzi? Dla mnie ten film jest 'za grzeczny'. Nikt nie poczuje się dotknięty po obejrzeniu 'Kamerdynera' , pomimo poruszanej bolesnej tematyki , ale czy o to chodziło? Chyba najbardziej odważna poruszona kwestia to obozy koncentracyjne, a i tą wypowiedz można zaliczyć do 'ugrzecznionych'. Sam główny bohater jest do bólu poprawny. Pieczołowicie i lojalnie wykonuje swoją pracę, właściwie w ogóle nie buntuje się przeciwko usługiwaniu 'białym'. Nudny konformista. Jego przeciwieństwem jest jego syn, który walczy w 'Czarnych Panterach', ciągle przesiaduje w aresztach. Cecil niejednokrotnie będzie przysługiwał się prezydenckim rozmowom, ale w myśl zasady 'mnie tu nie ma, ja tu tylko podaje' będzie musiał pozostawić dla siebie to wszystko, co tam usłyszy oraz nie ukazać swoich emocji i poglądów. To będzie tym trudniejsze im bardziej jego syn będzie zaangażowany w walkę o prawa dla czarnoskórych.
Choć tak naprawdę wewnętrzny konflikt Cecila czy pozostać konformista, czy może jednak rewolucjonistą będzie kiełkował wyjątkowo długo. Oczywiście smaczku dodaje fakt, że ta historia jest oparta na faktach. Problem w tym, że pierwowzór głównego bohatera, miał na przykład tylko jednego syna ( w filmie ma dwóch), który w dodatku  nie był tak mocno zaangażowany w działalność polityczną, jak to jest przedstawione w 'Kamerdynerze'. Panie Lee Daniels albo robimy fikcje albo naprawdę nasz film opieramy na faktach!
Pewnie i tak to wszystko jakoś bym przełknęła, gdyby nie zakończenie, które wyjątkowo mnie rozzłościło. Dawno nie widziałam takiej propagandy w filmie przeznaczonym na szerszą skalę. Taki rzeczom mówię nie. Nie lubię, jak ktoś coś nachalnie mi narzuca. Mimo wszystko polecam go Wam, warto zobaczyć, ustosunkować się. Ja już wiem, że nie jest to mój kandydat do Oscara.....

niedziela, 29 grudnia 2013

10 najlepszych filmów 2013 roku


Dzisiaj podzielę się z Wami moim subiektywnym rankingiem (przygotowanym specjalnie dla Was) 10 najlepszych filmów 2013 roku. 

10.Powtórnie narodzony
Niesamowicie mnie wzruszył i poruszył. Wyciskacz łez. Całkowicie inny od Hollywodzkich produkcji. Więcej


9. Kapitan Phillips
Dobry film. Jak zawsze świetny Tom Hanks. Ale mam wrażenie, że czegoś w nim zabrakło. Więcej


8.Django
Kocham Tarrantino, a 'Django' jest dobre, ale jednak jakoś nie zachwyca. Porównując do 'Pulp Fiction' czy 'Bękartów wojny' wypada słabo.


7. Grawitacja
Pod względem technicznym mistrzostwo. Cudowne widoki. Niestety nic poza tym. Więcej 


6. Labirynt
Mocny dobry thriller. Trzyma w napięciu. Świętna obsada. Więcej 


5.Spring Breakers
Pozostawia po sobie mieszane uczucia. Zmusza do zastanowienia. Satyra na dzisiejszą młodzież, chociaż może też i rzeczywistość. Więcej 


4.Igrzyska śmierci:W pierścieniu ognia
Dopiero w tym roku odkryłam całą serię Igrzysk Śmierci, nadrobiłam zaległości i obejrzałam pierwszą część. Zrobiłam na mnie ogromne wrażenie. Ale dwójka jeszcze większe. Więcej  


3.Bejbi Blues
Pewnie jesteście zaskoczeni, że tak wysoko pojawił się ten film w moim rankingu, a właściwie, że się w ogóle pojawił. Dla mnie jednak to naprawdę dobrze pokazujący problem film- problem nastoletnich matek. Zdecydowanie inaczej spojrzałam na tą materię.


2.Les Miserables Nędznicy
Nie lubię musicali, ale ten obejrzałam z wielką przyjemnością. Mistrzowski musical, świetnie dobrani aktorzy. Pierwszy raz nie przeszkadzało mi, że oni śpiewają, a nie mówią.


1.Wyścig
Nie jest to najlepszy film, jaki zobaczyłam w życiu. Ale biorąc pod uwagę wszystkie premiery roku 2013 moim zdaniem ten zasługuje na miejsce pierwsze. Zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Naprawdę wciąga. Ciekawie przedstawiony.  Udowadnia, że filmy biograficzne mogą być dobrym kinem rozrywkowym. I co najważniejsze nie tylko dla fanów formuły 1.







sobota, 28 grudnia 2013

Hobbit:Pustkowie Smauga


Byłam wczoraj  w kinie na 'Hobbit:Pustkowie Smauga' i przyznam się szczerze, że wróciłam trochę rozczarowana. Zewsząd słyszałam, że 'dwójka' jest lepsza od 'jedynki', sama to jeszcze powtarzałam przed seansem, że ponoć 'dwójka' lepsza, jednak dla mnie nie była. Prawda jest taka, że w przypadku 'Hobbit:Pustkowie Smauga' tak naprawdę za bardzo  nie ma się do czego przyczepić. Peter Jackson jest mistrzem w ekranizacji Tolkiena i boję się co biedaczyna będzie robił po trzeciej części 'Hobbita'.
Jednak ja kiedy dostaję film podzielony na części lub z sequelami nie potrafię się oprzeć pokusie porównywania ich ze sobą i w ocenie każdej kolejnej odnoszę się do poprzedniej lub poprzednich. I tu dla mnie tkwi mój cały szkopuł, 'jedynka' zrobiła na mnie większe wrażenie. Ortodoksyjni fani prozy Tolkiena oczywiście przyczepią się do faktu, że Peter Jackson pozwolił sobie na dodanie kilku własnych wątków. Cóż się dziwić, jak się chce z niecałych czterystu stron książki zrobić trzyczęściowy film, a każda część to prawie dwie i pół godziny.
Ja tam nie mam nic przeciwko ponownemu spotkaniu z Legolasem. Sceny akcji z jego udziałem to naprawdę kawał dobrego kino, oczywiście jeżeli lubicie pełne napięcia 'wyżynanie' innych, a i Orlando Blooma zawsze miło zobaczyć.
Dla fanów romansów też Jackson coś przygotował. Widoki jak w przypadku pierwszej części są piękne, aż mam ochotę odkładać pieniądze na podróż do Nowej Zelandii.
Fabuła? Dalej trwa polowanie na Smauga i co się z tym wiąże dzieje się na ekranie naprawdę dużo, dla mnie chyba za dużo. Zdecydowanie bardziej odpowiadało mi spokojne tempo 'Hobbit:Niezwykła podróż', gdzie był czas na obserwowanie zwykłego życia krasnoludów, gdzie panowała jakaś taka przyjaźniejsza atmosfera. Czy nadal mam ochotę wziąć plecak i wyruszyć z Hobbitem ? Chyba tak, choć powoli dostaję zadyszki....

piątek, 27 grudnia 2013

Grawitacja


Rok 2013 powoli dobiega końca. To doskonały czas na wszelkie rodzaju podsumowania i rankingi. Ja też powoli zbieram się do filmowego podsumowania mijającego roku. Zanim jednak przedstawię Wam mój ranking najlepszych filmów tego roku, pozwolę sobie napisać o kilku filmach , które miały premierę w 2013 roku, a z jakiś przyczyn o nich jeszcze nie pisałam.


Lubię Sandrę Bullock, lubię Georga Clooneya zwiastun był fajny, tak też wiedziałam, że 'Grawitacja' z pewnością jest warta uwagi.  Obejrzałam ją dwa razy, co prawda pierwsze podejście było falstartem, zasnęłam po dwudziestu minutach. Okej, wiem to nie świadczy za dobrze. Tak też nie miałam trochę ochoty na drugie podejście. Jednak podjęłam te wyzwanie i okazało się bardziej owocne. Problem niestety pojawił się przy ocenie. Pod względem technicznym ten film to mistrzostwo, zdjęcia są świetne i chociażby dlatego warto wydać kasę i poświęcić swój czas. Tak, aby pooglądać kosmos.  Efekt specjalne są niesamowite. Skoro ja, którą nie kręcą takie sprawy podniecam się nimi to jest naprawdę dobrze.
Problemem jest jednak fabuła. Załoga statku 'Explorer'- doświadczony weteran lotów w kosmos Matt Kovalsky w tej roli George Clooney oraz załogowa specjalistka misji dr Ryan Stone gr ją Sandra Bullock przeprowadzają misję serwisowania kosmicznego teleskopu Hubble'a. Podczas tej misji dowiadują się od dyrektora misji kontrolnej, o zbliżających się z ogromną prędkością szczątkach zestrzelonego rosyjskiego satelity. Za nim powrócą do 'Explorera' nastąpi zderzenie astronautów ze śmiercionośnymi odpadami.  
No i powinno być wciągająco, dla mnie nie było. Krew w moich żyłach nie była zmrożona. Dlaczego? Aktorstwo Sandry niestety nie powalało, a to był niestety w głównej mierze film jednej aktorki właśnie jej. George wypadła lepiej, choć Kovalsky bywał momentami wkurzający, ten jego ciągły uśmiech i żarty nawet w obliczu katastrofy.
W sprawy fizyczno-astronomiczne nie będę się zagłębiać, gdyż nie mam na ten temat zielonego pojęcia, czy to wszystko było realne czy kogoś poniosła fantazja. Słyszałam i takie i takie opinie. Prawda jest taka, że z całą pewnością to film wart zobaczenia i wyrobienia sobie własnego zdania o nim. 

czwartek, 26 grudnia 2013

Zły


Okres świąt to dla mnie czas kiedy w końcu udało mi się skończyć 'Złego'. Czytałam go dłuuugo, ale nie dla tego, że to nudna książka, bardziej dlatego, że jakoś czasu mi brakowało, a ta książka do chudziutkich nie należy, mój egzemplarz liczy 654 strony i to małym druczkiem. Tak też z wielką przyjemnością w końcu mogę coś Wam napisać o niej. Nie jest to kryminał, nie jest to romans, nie jest to western, a tak naprawdę to opis Polski w PRL zawierający cechy tych wcześniej wymienionych gatunków. Akcja powieści dzieje się w Warszawie na początku lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Zaczyna się od tajemniczego napadu, co stawia całą milicję w stan gotowości i pracy na wysokich obrotach w poszukiwaniu winowajcy. Poszukiwanym  okazuje się mężczyzna do którego przyczepiono miano 'Złego', ale czy on jest taki zły?


No chyba nie, bo niczym Robin Hood czy Janosik sam wymierzyć sprawiedliwość, dlatego też ofiarami jego ataku zostają warszawskie bandziory. Problem jest w tym, że nie wiele o nim wiadomo, a poszukiwanie go jest jak szukanie igły w stogu siana. Jednak nie brak amatorów tego zajęcia, z bandytami i Filipem Merynosem na czele. Do poszukiwań dołączają również doktor Witold Halski, redaktor Edwin Kolanko i tajemniczy starszy pan w kapeluszu. Całe poszukiwanie i akcja nabiera kolorów kiedy to Zły wchodzi w paradę legendzie warszawskich kryminalistów Kudłatemu.Oprócz tego pojawia się wątek romansowy, którego osią jest Marta Majewska i doktor Witold Halski.
Tyrmand śmieje się z wszystkich i to po równo, ale z gracją.'Puszcza nam oczko'. Pokazuje swoją ogromną miłość do stolicy, mimo, że z niej też się śmieje. Doskonale obrazuje klimat Warszawy i tego ,jak wyglądało życie w Warszawie w tamtych czasach. Niejednokrotnie pojawia się gwara warszawska. Język cudowny, magnetyczny. Chyba najlepiej obrazują go słowa Gombrowicza o Złym "Bo to wszystko lśni, tryska, brzmi, śpiewa..". Cała kryminalna intryga byłaby niczym bez po mistrzowsko rozbudowanego tła. Pomimo upływu prawie sześćdziesięciu lat nadal jest aktualna, bo walka dobra ze złem to temat uniwersalny. 
PS.Ponoć Xawery Żuławski pracuje właśnie nad ekranizacją 'Złego', mam nadzieję, że to prawda i, że podoła temu wyzwaniu, bo ekranizacja tej powieści to nie byle co.

środa, 25 grudnia 2013

Hobbit:Niezwykła podróż


Powiem Wam szczerze, że nie mogę się doczekać wyprawy na drugą część Hobbita do kina. Ja wiem, premiera była dzisiaj, ale ja wybieram się dopiero pojutrze na niego. Koniecznie zdam Wam relację. Tak też dzisiaj chciałam Wam polecić część pierwszą przygód Hobbita-'Hobbit:Niezwykła podróż'. Zacznę od tego, że jest mi niezmiernie wstyd, bo ja wiem, że cała trylogia Władca Pierścieni, zarówno książka Tolkiena, jak i film Petera Jacksona są doskonałe, ale ja po prostu nie mogę przez nie przebrnąć. Już milion raz wypożyczałam pierwszą część z biblioteki, do filmu też podchodziła x razy, tylko 'jedynkę' to znaczy 'Władca Pierścieni:Drużyna Pierścienia' przetrwawiłam w całości. Nie mam pojęcia dlaczego, ale chyba każdy tak ma z jakimś filmem, bądź książką.


Domyślacie się zapewne, że w  takim razie do 'Hobbit:Niezwykła podróż' podeszłam z dużą dozą rezerwy. Niepotrzebnie. Skończyło się 'dyszką' na filmwebie. Peter Jackson jest mistrzem w opowiadaniu długich zimowych historii i parodoksalnie, to co wkurzało mnie w przypadku 'Władcy Pierścieni', czyli rozwlekanie całej historii, opowiadanie jej w niespieszny sposób, 'Hobbitowi' dodaje uroku. Zauważcie jednak, że 'Władca Pierścieni' to trzy opadłe tomiska, a 'Hobbit' to jedna powieścijka ledwie trzysta stron, jest krótsza niż nawet jeden tom trylogii.  Akcja 'Hobbita', tak samo jak 'Władcy Pierścieni' ma miejsce w Śródziemiu, troszkę jednak innym. Akcja 'Hobbita' ma miejsce na sześćdziesiąt lat przed akcją 'Władcy Pierścieni'. Siły dobra i zła dopiero się budzą tutaj, ale jest za to jeszcze bardziej dzika i rozległa.
I znowu mamy wyprawę, pełną emocji, walki oraz piękną Nową Zelandię w tle. Co prawda stawka walki się zmienia, w trylogii chodziło o uratowanie całego Śródziemia przed siłami ciemności, teraz chodzi o odzyskanie Samotnej Góry z rąk smoka Smauga. Tytułowy Hobbit Bilbo Baggins bierze udział w wyprawie trzynastu krasnoludów i Gandalfa do legendarnego Ereboru, który wcześnie był królestwem króla Throra. Znajduje się tam twierdza, która była schronieniem dla uciekinierów z rodu Durina, jednak miasto nie cieszy się dobrą sławą, a to wszystko za sprawą kopalni złota i skarbów, które przyciągnęły nowych mieszkańców, w tym smoka Smauga. No i właśnie, głównym zadaniem Bilba i jego świty jest wypędzenie smoka. Prawda jest taka, że o ile 'Władca Pierścienie' w zamierzeniu Tolkiena miał być dla dorosłych, to 'Hobbit' powstał z myślą o jego dzieciach.
Tak też Peter Jackson przyjął taki baśniowy klimat. Niektóre obrazy przypominają sceny z bajek dla dzieci, mamy wyraźny podział na dobrych i złych, często pojawiają się piosenki. Nie brak śmiesznych momentów. Życie krasnoludów jest pokazane z każdej możliwej strony, a jak wiadomo, dzięki Jacksonowi krasnoludy to miłe stworki, które nawet przy zmywaniu naczyń śpiewają, są zabawne i towarzyskie, i to właśnie w nich tkwi, jak dla mnie urok i przewaga 'Hobbita' nad 'Władcą Pierścieni'. Cudowne widoki, mistrzostwo zrobione zdjęcia, nawet w 2D zapierają dech w piersiach oraz muzyka nic tylko wziąć plecak i wyruszyć w podróż z Hobbitem.

wtorek, 24 grudnia 2013

Listy do M.


Okej to już ostatnia moja propozycja filmowana na święta. Będę z Wami szczera, że trochę się zmęczyłam pisząc o świątecznych filmach. Jakoś w ich przypadku 'zmiękłam', stałam się bardziej wyrozumiała i pobłażliwa, a ja mam dosyć, bo ja nie jestem taka grzeczna, trochę chcę 'pohejtować'. Tak też coś czuję, że się dostanie 'Listom do M.'.

Nie spieszyło mi się do obejrzenia tego filmu, jakoś wiedziałam, że chyba to nie dla mnie propozycja. Z kilku powodów: od razu poraziło mnie podobieństwo do 'To właśnie miłość' mojego ulubionego filmu świątecznego   ( okej poza Kevinem-Kevin to tradycja nie film, pamiętajcie 25.12. Polsat 20:05) i to podobieństwo pod względem fabuły, jak i już plakatu, że aż wstyd, Polska kiedyś plakatem naprawdę dobrym i na poziomie mogła się pochwalić, a teraz musimy 'podpatrywać' Amerykanów. Po drugie to produkcja TVN-u i poza kilkoma wyjątkami, nie są to filmy na wysokim poziomie. Tak też nie spieszyło mi się i czekałam na obejrzenie listów w TV. No i doczekałam się w tym roku. I co? No jakoś specjalnie mnie nie powaliło.

Prawda jest taka, że prawdopodobnie moje odczucia byłyby inne, gdyby nie fakt, że oglądałam go w listopadzie. I nie rozumiem po co TVN wyemitował go w tym czasie? Może się nie znam, ale lepiej byłoby go puścić teraz, a nie męczyć nas powtórkami w święta? No dobra przejdźmy do konkretów. Tak jak w przypadku 'To właśnie miłość' w 'Listach do M.' Mamy wielu bohaterów- Michała ( Maciej Stuhr) samotnego radiowca, który nie może spędzić Wigilii z synem przez apodyktyczną szefową Małgorzatę ( Agnieszka Wagner), która ten wieczór spędzi ze swoim mężem (Wojciech Malajkat), jednak perfekcyjnie zaplanowana przez nią Wigilia zostanie zburzona, Doris ( Roma Gąsiorowska) pragnie znaleźć miłość, a Karina (Agnieszka Dygant) i Szczepan (Piotr Adamczyk) będę próbować ratować swoje chylące ku upadkowi małżeństwo, no i jeszcze pojawi się Tomasz Karolak, jako św. Mikołaj, gdzieś tam też się przewinie Paweł Małaszynski, Kasia Zielińska i Kasia Bujakiewicz.


Okej wątki trochę inne, bardziej przystosowane na polskie realia, ale nie ukrywajmy życie to nie film, i w przypadku 'To właśnie miłość' i 'Listy do M' to jednak bajka, miła dla oka, przyjemna, ale bajka. Jest tak jak w przypadku ' To właśnie miłość', ja jednak mam odczucie, oglądając ten film, że skąd to znam, ale sądzę, że gdybym nie oglądała wcześniej 'To właśnie miłość' to może by mi się spodobało. W pojedynku 'Listy do M.' kontra 'To właśnie miłość' oddaje swój głos na ten drugi tytuł, ale jestem ciekawa waszych opinii. Co wolicie ?

PS. Wesołych Świąt, spędzonych w gronie rodziny, dużo zdrowia i miłości, no i cudownych filmów na Waszych ekranach i książek w Waszych rękach. Zapraszam również w święta, będą nowe wpisy. 

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Rodzinny dom wariatów


Wczoraj przy okazji wpisu o 'Czterech gwiazdkach' pisałam o tym, że święta z rodziną mogą być dużym wyzwaniem oraz prawdziwym koszmarem, przynajmniej według twórców filmów, ja osobiście jednak nie mam takich doświadczeń. 'Rodzinny dom wariatów' bazuje też na powiedzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu.
Rodzinie Stonów daleko do ideału, ale co najważniejsze wszyscy się kochają i akceptują takimi, jakimi są. Cała rodzina jest zdecydowanie 'wyluzowana', konwenanse nie zaprzątają im głowy. Całym domem rządzi Sybil w tej roli boska Diane Keaton, mamy jej męża Kellego zagrał go Craig T.Nelson, oraz aż pięcioro ich latorośli- Everett ułożony biznesmen, w tej roli Dermot Mulroney, Thad( Ty Giordano)- niesłyszący gej, wyjątkowo złośliwa Amy w tej roli Rachel McAdams, spokojna Susannah gra ją Elizabeth Reaser oraz całkowicie wyluzowany filmowiec Ben, w tej roli Luke Wilson. Oprócz tego w gronie rodzinny zasiadają Patrick- czarnoskóry partner Thada, w tej roli Brian White oraz córka Susanny.  
 Sielankę świąt przerywa wizyta narzeczonej Everetta- Meredith, w tej roli Sarah Jessica Parker. Dziewczyna kompletnie do nich nie pasuję. Jest sztywna, mało tolerancyjna, paraduje  ciągle w idealnie skrojonych garsonkach i szpilkach. Rodzinie nie przypada do gustu. Z niechęcią ją przyjmuje, więc ona wzywa posiłki, w postaci swojej siostry,Julie. Pojawienie się Julie, tak naprawdę nie polepsza sytuacji, gdyż zyskuje ona natychmiastowo sympatię domowników, w dodatku staje się również nie obojętna Everettowi.
Jak domyślacie się (albo i nie) w związku z zaistniałą sytuacją filmowi reżyser postanowił sprawić, abyśmy się trochę pośmiali. I jest kilka scen, które naprawdę wywołują salwy śmiechu. Tak po za tym nie jest to film jakiś wybitny, czy wyjątkowy. Ale powtórzę to po raz n-ty filmy świąteczne takie już są, takie są ich prawa. Mimo wszystko całkiem przyjemnie się go ogląda, jednak jeżeli macie ochotę na coś ambitniejszego, to nie sięgajcie po 'Rodzinny dom wariatów'.

niedziela, 22 grudnia 2013

Cztery gwiazdki


Mieliście kiedykolwiek ochotę uciec od  tradycyjnych rodzinnych świąt? Najlepiej, jak najdalej i jeszcze, żeby było tam jak najcieplej. Ja nigdy. Ale wiecie, to nie na mnie ciąży jarzmo 'przygotowywania tego wszystkiego', ja tylko pomagam, ciasto upiekę, choinkę ubiorę, trochę pobawię się w wykwalifikowaną kelnerkę i zmywaczkę naczyń, a czy cioci Gieni albo Steni się podobało, to nie mój problem.  Ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że spotkanie z rodziną to duże wyzwania, więc nie jeden chciałby od tego uciec. Główni bohaterowie 'Czterech gwiazdek' Kate i Brad, w tych rolach Reese Witherspoon i Vince Vaugh, co roku uciekają, wymyślając przy tym niezłą wymówkę, na przykład, że ratują dzieci w Azji lub Afryce . W tym roku planem było Fidżi. Niestety warunki atmosferyczne pokrzyżowały ich plany, na domiar złego ekipa telewizyjna złapała ich na lotnisku, więc cały sekret wychodzi na jaw.


Zostają zmuszeni do spędzenia świat ze swoją rodziną, a właściwie to nie jedną, tylko czterema, bo każdy z ich rodziców ma własną rodzinę, pech do czwartej potęgi? Każda kolejna wizyta to dla nich katastrofa, a dla Nas widzów, niezły ubaw. Poznajemy całą galerię postaci- dzikich braci, dewotkę-nimfomankę, matkę hipiskę, która związała się z kolegą syna, ojca ciągle popijające piwo. Wśród rodziców pojawiają się takie gwiazdy jak: Sissy Spacek czy Jon Voight.
Jest śmiesznie, trochę tylko razi zakończenie, propagujące mimo wszystko rodzinne święta, bo bez nich nasze życie robi się  smutne i puste.  Nie jest to film wybitny, ale świąteczny, który dosyć dobrze się ogląda, więc jeżeli nie macie pomysłu co obejrzeć  w te święta 'Cztery gwiazdki' będą strzałem w dziesiątkę. Oglądane nawet w gronie rodziny śmieszy.

sobota, 21 grudnia 2013

Wesołych Świąt


Mam nadzieję, że jeszcze nie jesteście zmęczenie świątecznymi filmowymi propozycjami, bo dzisiaj czas na kolejną- 'Wesołych Świąt', co prawda polski tytuł wydaje mi się dosyć niefortunnie przetłumaczony, ale skoro już taki jest, to będę go używać. Nie wiem, jak święta wyglądają u Was, ale podejrzewam, że pewne rytuały co roku się powtarzają, a święta bez nich ponoć nie były by prawdziwymi świętami, według zagorzałych ich fanów, którzy nienagannie dbają o ich zachowanie.


Tak samo jest w przypadku jednego z bohaterów filmu 'Wesołych Świąt'-Steve'a w tej roli Matthew Broderick, święta Bożego Narodzenie to dla niego najważniejszy czas w roku, co roku musi być wykonana obowiązkowo rodzinna fotografia, choinkę należy ubrać w odpowiednio uroczysty sposób, do obowiązkowe punktu świąt należy również wspólne kolędowanie z sąsiadami. Steve jest  zdecydowanym 'królem świąt' w swoim miasteczku...do czasu przeprowadzki nowego sąsiada dosyć aroganckiego Buddiego, gra go Danny DeVito. Facet ma chęć na przechwycenie tego tytułu, więc wpada na pomysł, aby udekorować swój dom, tak, żeby go było widać z kosmosu, kiedy mu się to udaje, zachęcony sukcesem, organizuje żywą szopkę, w ten sposób detronizuje dotychczasowej króla.
No i zaczyna się wojna na śmierć i życie pomiędzy panami. Żaden nie ma ochoty oddać tytułu 'króla' . Nie jest to komedia na, której 'boki zrywałam', ale prawda jest taka, że ja jakoś nie zbyt często śmieję się do rozpuku, raczej uśmiecham delikatnie, więc pewnie nie jestem dobrym wymiernikiem. Mogę powiedzieć, że są na prawdę śmieszne momenty, całkiem przyjemne i zabawne.
Generalnie filmy świąteczne rządzą się jak dla mnie swoimi prawami i należy na ich niedociągnięcia trochę przymknąć oko. 'Wesołych Świąt' to przyjemna familijna komedia, która przypomina o świątecznym duchu.

piątek, 20 grudnia 2013

Dziennik Bridget Jones i Bridget Jones:W pogoni za rozumem


Powiedzenie, że uwielbiam Bridget Jones byłoby nadużyciem, prawdą jest, że ją lubię, z przyjemnością przeczytałam i obejrzałam dwie części jej przygód i zbiera mi się na mdłości, jak czytam o następnej trzeciej części, jej perypetii, która dosyć niedawno została wydana, Już wiem i deklaruję, nie przeczytam jej, filmu też nie obejrzę, jeśli powstanie, nie zniszczę mojej wizji Bridget. Prawda jest taka, że po naszym smutnym, dziwnym, a czasami fascynującym i pięknym ( w przypływach emocji)  świecie coraz więcej jest singli. I nikt się powoli nie dziwi, jak 30 latka nie jest jeszcze mężatką, powoli presja zamążpójścia i posiadania dzieci jest z młodych ludzi zdejmowana, jesteśmy bardziej świadomi, mniej konformistyczni, nie podoba się, to do widzenia, koniec, nie widzimy sensu, aby wychodzić za mąż/ żenić się, bo tak wypada, co nie oznacza, że nie pragniemy i nie szukamy miłości.


I tak właśnie jest z naszą Bridget, daleko jej do ideału kobiety, co nie zmienia faktu, że nie da się jej nie lubić, nie jest posiadaczką idealnej figury, bo kocha słodycze, lubi czasami zajrzeć w kieliszek, jest roztargniona, no i po trzydziestce, a ponoć wtedy szanse na znalezienie idealnego partnera się zmniejszają. Bridget narzeka jak każda kobieta na za grube uda i inne tego typu dolegliwości i za to my płeć żeńska kochamy, a mężczyźni nie rozumieją ( jeżeli jesteś facetem, ostrzegam nie oglądaj 'Dziennika Bridget Jones' szanse, że ci się spodoba są bliskie zeru).
Owszem jest czasami wkurzająca, tak mnie też wkurza, tak bardzo roztrzepana, że mam  ochotę krzyknąć kobieto ogarnij się ! Ale w tym tkwi urok Bridget. W życiu jej pojawia się dwóch naprawdę ciekawych facetów-Daniel Cleaver uosobienie symbolu seksu, prawdziwy macho, traktujący kobiety, jak zabawki, no i wiecie gra go boski Hugh Grant oraz Mark Darcy (nie to nie przypadek z tym nazwiskiem, to nawiązanie do twórczości Jane Austen) prawnik, stateczny, lekko nudny w tej roli jak zawsze świetny Colin Firth.
Bez tych panów ten film nie byłby tym samym. Po za tym mam słabość do angielskiego akcentu w wykonaniu męskim, macie mnie, rozpływam się, jak go słyszę. Myślę, że reżyserowi udało się dobrać idealnie do ról. Wiele osób postawiło krzyżyk na Renee Zellweger w roli Bridget, jednak ona sprawdziła się świetnie. Nie bała się przytyć dziesięć kilogramów i pokazała swoje komediowo-romantyczne oblicze. I co z tego, że może to banalny, słodki film. Mówiłam Wam idą święta, warto wyluzować, odprężyć się, sięgnąć po coś lekkiego. 


środa, 18 grudnia 2013

Holiday


Obiecałam, że będzie świątecznie, więc jest. Po 'To właśnie miłość' przyszedł czas na 'Holiday'. Przyznam się, że dopiero dzisiaj zauważyłam, że filmy 'świąteczne' łączy jedna ważna rzecz, a mianowicie ma być przyjemnie, miło, ciepło na sercu, mamy poczuć się wyjątkowo i bajkowo, no i uwierzyć, że tak może być w życiu. I pomimo, że często nie jestem w stanie wierzyć w takie bajki, to jednak czas świąt, to czas kiedy się 'wyjałowiamy', przynajmniej ja, i mam w nosie, że to komedia romantyczna,  lekko banalna, naiwna, raczej nie realistyczna, są święta, wyluzujmy.
Przejdźmy do fabuły. Mamy dwie samotne kobiety- Amandę w tej roli Cameron Diaz mieszkającą w okazałej posiadłości w Los Angeles i Iris, grana przez Kate Winslet, mieszkającą w starej chatce na angielskiej wsi. Panie mają dosyć facetów, zraziły się, co tu dużo gadać. Postanawiają za pomocą Internetu wymienić się swoimi mieszkaniami i spędzić urocze wakacje na drugim końcu świata. Tam też dopada je miłość. Amandę w postaci dystyngowanego Gragama- Jude Law, a Iris za pomocą fajtłapowego Milesa (Jack Black).
Obiecałam, że będzie świątecznie, więc jest. Po 'To właśnie miłość' przyszedł czas na 'Holiday'. Przyznam się, że dopiero dzisiaj zauważyłam, że filmy 'świąteczne' łączy jedna ważna rzecz, a mianowicie ma być przyjemnie, miło, ciepło na sercu, mamy poczuć się wyjątkowo i bajkowo, no i uwierzyć, że tak może być w życiu. I pomimo, że często nie jestem w stanie wierzyć w takie bajki, to jednak czas świąt, to czas kiedy się 'wyjałowiamy', przynajmniej ja, i mam w nosie, że to komedia romantyczna,  lekko banalna, naiwna, raczej nie realistyczna, są święta, wyluzujmy.
Przejdźmy do fabuły. Mamy dwie samotne kobiety- Amandę w tej roli Cameron Diaz mieszkającą w okazałej posiadłości w Los Angeles i Iris, grana przez Kate Winslet, mieszkającą w starej chatce na angielskiej wsi. Panie mają dosyć facetów, zraziły się, co tu dużo gadać. Postanawiają za pomocą Internetu wymienić się swoimi mieszkaniami i spędzić urocze wakacje na drugim końcu świata. Tam też dopada je miłość. Amandę w postaci dystyngowanego Gragama- Jude Law, a Iris za pomocą fajtłapowego Milesa (Jack Black).

wtorek, 17 grudnia 2013

To właśnie miłość


Na blogach life stylowych już od jakiegoś czasu królują pomysły na świąteczne prezenty, na tych modowych wigilijne stylizacje, w tych o gotowaniu nie brakuje przepisów na barszcze, ryby i makowce, do świąt już coraz bliżej, tak też ogłaszam na books and movies też nadchodzi czas świątecznych notek, czyli wpisów o filmach typowo, bądź nie typowo, ale uznanych przeze mnie za świąteczne. Zwlekałam trochę z tym, bo nie jestem do końca 'świąteczna', nie cieszę się, kiedy usłyszę 'Last Christmas',nie czekam z wytęsknieniem kiedy w sklepach i na ulicach pojawią się przystrojone choinki, kiedy wszyscy i wszystko mówi, jak to cudownie, bo idą święta, im jestem starsza, tym jakoś gorzej z tą 'magią świąt'. Po za tym takich filmów też nie jest za dużo. No dobra jest ich trochę, ale dużej części, ja po prostu nie lubię lub darowałam sobie oglądanie, bo jakoś nie specjalnie miałam na nie ochotę.


Zacznę od mojego absolutnego numeru jeden- 'To właśnie miłość'. Richard Curtis to mistrz komedii romantycznych, nie nachalnych, miłych dla oka i ucha, w trakcie, których nie może zniknąć uśmiech z twarzy. Niedawno pisałam o najnowszej komedii tego reżysera-'Czas na miłość' . W przypadku obydwu ten przepis się spełnia. Pomimo tego, że jak widzę w filmie opis, że to historia dziesięciu (tutaj może paść też inna liczba) osób lub par, wiem, że nic dobrego z tego nie będzie, to jednak w przypadku tego filmu wyszło to całkiem sprawnie i jakoś wcale nie odstrasza mnie to lub zniechęca.
Każda z tych dziesięciu historii, to historia całkowicie innej miłości. Cała akcja filmu ma miejsce w okresie przedświątecznym, kiedy to ponoć ludzie ulegają przedświątecznemu nastrojowi, stają się milsi, cieplejsi, wrażliwsi i spragnieni miłości. I tak naprawdę to prosta i banalna historyjka, która pewnie by irytowała, ale ponieważ 'To właśnie miłość' towarzyszy świąteczna atmosfera, i pewnie większość z Was oglądała i jeszcze obejrzy ten film w okresie świątecznym, to film ten działa kojąco, rozczula, rozluźnia, sprawia, że nawet tacy, jak ja czyli 'nieświąteczni', pomyślą sobie, a może ta magia świąt istnieje ? Świetnych aktorów również nie brakuje-Bill Nighty( rónież 'Czas na miłość'), Emma Thompson, Hugh Grant, Colin Firth, Keira Knightley. Liam Neeson, Laura Linney, Rowan Atkinson no i Bliiy Bob Thoronton.  Dajcie się uwieść magii świąt.

niedziela, 15 grudnia 2013

Masters of Sex


Dzisiaj podzielę się z Wami moim najnowszym serialowym odkryciem. Tegoroczna premiera stacji Showtime ( tej od 'Californication', 'Homeland','Dextera', 'Siostry Jackie' i wielu innych) przypadła mi niesamowicie do gustu.  Ja widzę tutaj wszystko, co potrzebne jest do hitu, świetny scenariusz, doskonałe aktorstwo, no i seks. Co chcieć jeszcze?
Serial ten powstał na powstanie prawdziwych wydarzeń, a dokładnie książki dr Williama Mastersa i Virginii Johnson, pary naukowców, którzy w latach 50 i 60 przeprowadzali, jak się później okazało rewolucyjne badania nad ludzką seksualnością, dając podwaliny seksuologii. Początek serialu to czas kiedy dr William Masters wybitny ginekolog, fascynat badania ludzkiej seksualności styka się ze sprzeciwem i niezrozumieniem w stosunku do jego badań. Wtedy też w jego życiu pojawi się asystentka Virginia, rozwódka i matka, doceniająca wagę badań.  
Jak wyglądają badania? Ludzie są podłączeni do kabelków i przeróżnych urządzeń, których zadanie jest mierzenie tętna, aktywności mózgu, czy bicia serca podczas stosunku lub masturbacji. Są geje i prostytutki. I nagość i seks wydają się być całkowicie uzasadnionymi w tym przypadku. Wciągającym dodatkiem jest sama para badaczy. Dr Masters w tej roli Michael Sheen, najbardziej mi jak dotychczas kojarzący się z rolą Blaira w 'Królowej' i Lizzy Caplain. Całkowicie odmienni, on szanowany lekarz, nudnawy, praca jest dla niego całym życiem, ona- zabawna, bezpośrednia, zjednująca sobie ludzi.
Doskonale przedstawione realia lat 50 i 60, podejścia ludzi do życia i seksu. Tytuł dodatkowo zaciekawia, swoista gra słów na pewno przykuwa uwagę. Mnie zachwycił, mam nadzieję, że Was też.

sobota, 14 grudnia 2013

Californication


Powiem szczerze, że w gronie moich znajomych jestem chyba jedyną lub jedną z niewielu kobiet, które lubią ten serial, co więcej, ja go uwielbiam. Natknęłam się na niego kiedyś przez przypadek, jako nocny marek nie mogąc spać, akurat leciał w telewizji i właśnie, jak to z 'perełkami' bywa lecą o nieprzyzwoitej porze ( chociaż akurat w przypadku tego serialu to pewnie odważne sceny są czynnikiem decydującym).
Prawda jest taka, że to serial odważny, jak na nasz polski rynek, rodzime produkcje nie przypominają takich seriali, jak 'Californication' co wcale nie musi znaczyć, że Polacy nie lubią tego serialu. Dlaczego odważny, bo to serial o seksie, to seks gra główną rolę, no dobra seks i rock'n'roll.
Główny bohater Hank Moody, autor książki 'Bóg nienawidzi nas wszystkich' prowadzi dość niegrzeczny tryb życia. Ma pieniądze, przyjaciół, każdą noc spędza z inną kobietą i to jak domyślacie się  nie tylko na rozmowach. Nie może mieć tylko jednej rzeczy, a właściwie osoby-Karen, matki jego 12-letniej córki. Facetowi naprawdę zależy, aby być z Karen, ale jakoś niestety mu nie wychodzi, wydaje się, że robi odwrotnie, wszystko, aby z nią nie być.
Scen erotycznych w serialu jest niemało i to powoduje, że serial ten właśnie ma wielu przeciwników, stanowią one większość życia Hanka, tło tego życia, serial bez nich nie byłby tym samym zdecydowanie. A tak naprawdę analizując zdarzenia z życia bohatera, zauważamy, że seks nie jest jednak lekarstwem na wszystko, a jedynie ucieczką, z której przeważnie nic dobrego nie ma.  
Powiem jeszcze, że muzyka w 'Californication' jest  świetna. Rockowe utwory nadają świetny klimat. Aktorzy-wszyscy są cudowni-David Duchowny, Natasha McElhone, Pamela Aldon i Evan Handler (kojarzący mi się wcześniej z rolą w 'Seksie w Wielkim Mieście') i nie jest to teatr jednego aktora mimo, że Hank wiedzie prym w tym przedstawieniu.
Masa komediowych elementów, jak i dramatycznych. Opowieść o trudnej miłości w zwariowanym artystycznym świecie, zakrapiana dużą dawką alkoholu. W poszczególnych sezonach przewijają się  tylko 'sezonowo' niezwykle ciekawe postacie. Jak na razie powstało sześć sezonów, siódmy - już ostatni będzie można oglądać w USA od kwietnia 2014. Każdy sezon to dwanascie odcinków.  Mój ulubiony sezon? Chyba trzeci :) Jednak polecam oczywiście wszystkie.


piątek, 13 grudnia 2013

Miłość Larsa


Lars wiedzie spokojne i monotonne życie. Otoczony całą masą troszczących się nim ludźmi, zamyka się sam w swoim malutkim garażu. Nie chce się z nikim spotykać, nawet z najbliższymi- bratem i jego żoną. Po za  tym to miły i ciepły człowiek, niezwykle życzliwy i dobry pracownik, rzetelnie wykonujący swoją pracę. Wszystko w jego życiu się zmienia, kiedy zostaje zainspirowany do poszukania sobie dziewczyny, aby to skończyć z samotnością.  I znajduję ją, ku uciesze wszystkich. Niestety nie jest ona taka, jakiej  się wszyscy spodziewali. Co jest z nią nie tak? Jest gumowa.
 I co z tego Lars ją kocha miłością niezwykle szczerą i platoniczną. Jego brat Gus od razu wpada w szał i nazywa go wariatem, natomiast Karin jego żona próbuje wejść w ten urojony świat Larsa. Powoli wszyscy zaczynają traktować Biancę (tak ma na imię) lala jak prawdziwą osobę. Z pomocą pojawia się  również dr. Dagmar, pani psycholog, która prowadzi zakamuflowaną terapię Larsa, podczas której powoli ujawniają się wszystkie jego lęki, obawy i problemy, tak skrzętnie chowane przed światem.
To film zdecydowanie nietuzinkowy. Już sama fabuła jest ciekawa, i mimo, że czytając opis filmu może się wydawać, że to kolejna  komedia w stylu 'American Pie', gumowa lala nasuwa się samo przez się. Ale nie jest. To mądry i wzruszający film, który mimo wystąpienia takiego rekwizytu wcale nie jest wulgarny czy na granicy dobrego smaku.
Wielkie brawa dla Ryana Goslinga to on wciela się w rolę Larsa. I jest w niej doskonały. I pomimo, że chodzi w 'obciachowych sweterkach', gra nieudacznika i tak dla mnie pozostaje przystojniakiem. Już pisałam, że mam do niego słabość, przy okazji wpisu o 'Blue Valentine' .
Muzyka niezwykle subtelna stanowi doskonałe dopełnienie filmu. Niezwykle czarująca historia, która niestety w naszym świecie zapewne nie miałaby racja bytu. Larsa nikt nie piętnuję, że zabiera gumową lalę do kościoła i sadza ją w ławce, jego brat i bratowa nawet kąpią ją i dają jej nowe ręczniki.
Domyślam się, że jeżeli 'nie kupimy tej fabuły', bajkowej, co tu dużo rzecz to film może stać się irytująco nudny, i wszystko może razić i wydawać się tak bardzo nierzeczywistym. Nietuzinkowość i świeżość sprawiają, że film staje się tak bardzo innym od wszystkich, tak świeżym, że zachwyca, przynajmniej mnie. Polecam gorąco.

środa, 11 grudnia 2013

Zagraj to jeszcze raz, Sam


Pisałam o tym już nie raz - przy okazji wpisu o 'Blue Jasmine'  i 'Annie Hall'  i znowu to powtórzę, Allena filmy kocha się albo nie nienawidzi, nie ma żadnych innych alternatyw. Co prawda 'Zagraj to jeszcze raz, Sam' nie jest 'typowym' filmem Allena. Napisał scenariusz i zagrał w filmie, ale reżyserie pozostawił Herbertowi Rossowi. To jednak nie przeszkadza, aby odnaleźć tutaj klimat typowo allenowski, i to w najlepszym jego znaczeniu, bo sprzed wielu lat.
Allan główny bohater to typowy neurotyk  (ulubiony typ bohatera Woodiego), jego wielką miłością są filmy, a ideałem mężczyzny legendarny Humprey Bogart. Mężczyzna próbuje  naśladować legendarnego aktora.  Okazja ku temu jest doskonała ponieważ Allan został porzucony przez swoją żonę i nie może się po tym rozstaniu pozbierać. Ma na szczęście parę dobrych przyjaciół- Dicka i Lindę (świetna Diane Keaton w tej roli) i to oni pomagać mu będą w poszukiwaniu nowej dziewczyny.  
To film o miłości do kina, fascynacji tymi kinowymi romansami i próbach wcielania ideału (filmowego) w życie. A tak poza tym to doskonała komedia, które naprawdę wzbudza uśmiech na twarzy. Mistrzowska parodia, a przy okazji hołd  złożony legendarnej 'Casablance', uznawanej przez wielu za romans wszech czasów,co prawda ja się z tym nie zgodzę, ale to innym razem powrócę do tego wątku. Świetne teksty, które można notować bez końca. Szkoda, że takich filmów już nikt nie robi, nawet sam Allen. Jeżeli jesteście ciekawi jak podrywa Allan i czy  podoła w roli Bogarta, koniecznie obejrzyjcie. Gwarantuję dobrą zabawę.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Czarny łabędź


Czy chcieliście kiedykolwiek być perfekcyjnymi? Wyglądać perfekcyjnie, być doskonałym w czymś, mieć idealny dom, partnera, samochód, cokolwiek ? Podejrzewam, że tak. Ja też chciałam i zawsze wydawało mi się, że w dążeniu do perfekcji nie ma niczego złego. W końcu co może być złego w tym, że ktoś chce być w czymś dobry, wręcz bardzo dobry, że poświęca wiele, daje z siebie wszystko, rezygnuje z czegoś. Długo wierzyłam, że im więcej pracujemy, tym więcej osiągniemy. Dziś już wiem, że nie jest tak.  Że czasami trzeba wyluzować, dać spokój, wyspać się, zrelaksować.


Nie wie o tym jednak Nina, w tej roli Natalie Portman, główna bohaterka filmu 'Czarny Łabędź'. W jej przypadku dążenie do perfekcji staje się prawdziwym obłędem, a obłęd ten jest przyczyną destrukcji. Jej życie rozgrywa się pomiędzy domem, a teatrem. W domu czeka na nią tylko apodyktyczna i nadopiekuńcza matka, niespełniona  baletnica, w teatrze mordercze treningi. Nina jest bardzo ambitna, nie wiadomo na ile to jej własna cecha, na ile to próba zrekompensowania matce jej niespełnionych marzeń, doskonale panuje nad swoim ciałem, jest jak szwajcarski zegar, każdy ruch jest nie przypadkowy. Rola w 'Jeziorze Łabędzim'  o, którą się ubiega nie jest jednak taka prosta, bo trzeba zagrać dwie przeciwstawne postacie- białego i czarnego łabędzia.
W roli białego sprawdza się doskonale- kruchość, delikatność, niewinność z tym nie ma ona problemu. Wyzwanie okazuje się jednak wcielenie w czarnego. Nie potrafi się zatracić, odnaleźć tej swojej mrocznej strony. Nie umie być 'niegrzeczną dziewczynką'.
Całemu filmowi towarzyszy atmosfera pełna niepokoju, oglądaniu odczuwamy napięcie, ciągle mamy wrażenie, że za chwilę coś się stanie i nie będzie to nic dobrego.
Świat baletu przedstawiony przez Aronowskiego, jawi się jako bezwzględny, trzeba ciągle walczyć o rolę, konkurować i być najlepszym. Nina powoli zatraca poczucie świata realnego. Reżyser jednak nie daje nam prostych odpowiedzi na pytania, które nas nurtują  czy da się to jakoś temu zapobiec? czy sztuka wymaga poświęcenia? Czy lepiej nie jest czasami dać sobie spokój?
Z całą pewnością jest to rola życia Natalie Portman. Jest znakomita. Zdjęcia Matthewa Libatique'a  również zasługują na pochwałę, skupiają się one na każdym detalu. Pokazują wszystko , nawet najmniejszy szczegół, mamy wrażenie, że tańczymy razem z baletnicami. Dla mnie ten film jest właśnie 'perfekcyjny' i tylko ogromna szkoda, że przegrał z 'Jak zostać królem' w walce o Oscara . To prawda obydwa filmy były bardzo dobre, ale 'Czarny Łabędź' jak dla mnie był lepszy.

sobota, 7 grudnia 2013

Yuma


Nie spodziewałam się po 'Yumie' niczego specjalnego i nic specjalnego mnie nie spotkało podczas seansu tego filmu.  Nie mniej jednak myślę, że warto go zobaczyć.

Nie pamiętam lat osiemdziesiątych i nie mam pojęcia co się wtedy działo w Polsce. Znam jedynie historie opowiadane przez rodziców, ciocie i wujków, czy dziadków jak to było w tamtych czasach. Tak też dla mnie 'Yuma' to ciekawe doświadczenie, jako wzrokowiec bardziej niż słowa trafiają do mnie obrazy. Temat transformacji ustrojowej lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych to materiał na dobry film. Młodsi tak jak ją są ciekawi jak to wyglądało, a starsi może z nostalgią w oku lub radością, że to już za nimi wspomną dawne czasy.

W produkcji jednak takiego filmu najważniejszy staje się realizm. O ile ci młodsi widzowie mogą nie zauważyć fałszu, ci starsi jednak wytkną najdrobniejsze uchybienia.  W 'Yumie' jednak najbardziej razi nawet młodego widza naiwność, wszystkie kradzieże jakoś idą jak po maśle, Niemieccy sprzedawcy są wyjątkowo naiwni, na granicy też idzie zawsze łatwo, za sprawą znajomości, ochrona przez burmistrza też robi swoje. Tak też Zygi spełnia swój American dream, a właściwie to Deutsche Traum. Jemu i jego rodzinie nie brakuje dóbr luksusowych, adidasy, lodówka, aparat, perfumy, telewizor wszystko jest. Zygi nie jest jednak pazerny, dzieli się z wszystkimi dookoła, dobry chłopak trzeba rzecz.  


Co prawda kiedy już posiada on wszystko, co było przedmiotem jego pożądania, no może oprócz miłość niedostępnej Majki, nie do końca wiemy, po co on to robi? Dla poklasku ? Wszystko przyjmuje formę westernu, mamy wyraźny podział na dobrych i złych.
Aktorzy? Gierszał mnie niezbyt przekonuję, mam wrażenie, że ciągle gra na dwóch minach, Tomasz Kot, wypada dobrze w roli rosyjskiego mafioso, nawet Katarzyna Figura, która zazwyczaj mnie denerwuje wraz z otwarciem buzi, mam jakąś awersje do jej głosu, jest do przetrawienia.
Mimo wielu wad, 'Yumę' da się obejrzeć z przyjemnością, jeśli podejdziemy do niej jak do filmu typowo rozrywkowego i przymkniemy oko na niedociągnięcia, to zauważymy ciepły humor, dobrze dobraną muzykę, no i tą atmosferę tamtych lat. 

piątek, 6 grudnia 2013

Czarodziejska góra


Mam nadzieję, że siedzicie teraz w bezpiecznym (tzn. nie wietrznym) i ciepłym miejscu. Orkan trochę pokrzyżował moje plany, tak też zostałam uziemiona w domu. Co nawet mi się podoba patrząc za okno. Dzisiaj polecę Wam książkę, której bohater też został 'uziemiony'. Od razu uprzedzam, że z czytaniem jej jest jak z wchodzeniem na wysoki szczyt. Jest ciężko, człowiek momentami ma zadyszkę, musi zatrzymać się, aby odpocząć, czasami ma dosyć i najchętniej skończyłby już tą wspinaczkę, ale kiedy już wejdzie na szczyt, to radość jest ogromna.
Identycznie jest z tą książką, czytając ją będziecie czasami chcieli przestać ją czytać, ja jednak zachęcam Was- spróbujcie wytrwać. A o czym jest 'Czarodziejska góra' ? Głównym bohaterem jest młody Niemiec Hans Castorp, który na samym początku powieści wybiera się do szwajcarskiego kurortu-Davos, żeby odwiedzić swojego kuzyna, który przebywa tam na leczeniu w sanatorium 'Berghof'. Sanatorium te jest położone wysoko w górach. Pobyt Hansa zaplanowany jest na trzy tygodnie, jednak trochę się przedłuży i potrwa siedem lat, na skutek stwierdzonej przez tamtejszych lekarzy choroby- gruźlicy.
Siódemka nie pojawia się przypadkowo, liczba ta miała dla Manna znaczenie iście magiczne. Pobyt ten przerywa dopiero wybuch wojny. Góra ta nie bez powodu zostaje nazwana 'czarodziejską'. Miejsce te jest tak bardzo 'inne' od tego na dole. Z tego świata powraca się innym, to kraina pełna bezruchu, bezczynności, każdy dzień ma utarty schemat, śniadanie o tej samej godzinie, mierzenie temperatury, werandowanie. Hans w tym świecie poznaje dwóch niezwykłych kuracjuszy- Settembriniego-masona, racjonalistę, wielbiciela życia i Naphtę-kleryka, ortodoksyjnego jezuitę. Są oni swoimi zupełnymi przeciwieństwami. Wiodą oni swoistą walkę o duszę Hansa.
 Cała powieść utrzymana jest w nastroju oniryzmu i marazmu. Odpycha i przyciąga za razem. Niesamowita jest widoczna zmiana Hansa. Na samym początku wizyty w sanatorium dba o nienaganne maniery, wygląd, aż w końcu  przesiąka tą atmosferą, zatraca swoje przyzwyczajenia, już nie przeszkadza mu, że na swej głowie nie ma nic, kiedy wszyscy szanujący się panowie noszą kapelusze. W powieści gdzieś między wierszami znajduję się ocena ówczesnej sytuacji  Europy oraz nawiązania do innych pozycji literatury. Gorąco polecam. Lektura  wymagająca i dla wymagających.

czwartek, 5 grudnia 2013

Śniadanie u Tiffany'ego


Kilka lat temu nastała moda na Audrey Hepburn. A właściwie to na wszystko z nią związane. Wszyscy chcieli ubierać się, czesać , w ogóle wyglądać jak Audrey. W sklepach można było znaleźć cała masę gadżetów związanych z tą aktorką- obrazy, zegary, kalendarze, parasolki, torby na zakupy, kubki i wiele innych.  Audrey znowu ożyła. Najpopularniejszym motywem był kadr z filmu 'Śniadanie u Tiffany'ego'- Audrey w czarnej długiej sukience w koku z cygaretką. I nagle wszyscy zaczęli oglądać ten film, ba nawet uznawać go za ulubiony. Ja nie chciałam długo ulec tej modzie. Czemu? Sama nie wiem, chyba z przekory. Aż w końcu uległam.
Dałam się wciągnąć w tą baśniową historię o małej zagubionej dziewczynce. Każdy z nas szuka szczęścia, więc nie można się dziwić, że Holly Golightly też go pragnęła. Ona była pewna, gdzie je znajdzie- u Tiffany'ego, bo tam jest elegancko i bezpiecznie. W takim miejscu nie może się przecież zdarzyć nic złego. To jej rozbrajająca szczerość i urok sprawiają, że nie możemy przestać ją lubić, mimo jej zawodu. Tak, Holly była luksusową call girl, która bez mrugnięcia okiem uwodziła masę bogatych mężczyzn. I mimo swojego zawodu i niekoniecznie szczęśliwej przeszłości- unieważnione małżeństwo z mężczyzną, który mógł by być jej ojcem, dzieciństwo, podczas, którego byli razem z bratem zdali tylko na  siebie, nie bała się marzyć, marzyć o innym życiu, o miłości i pięknej biżuterii.
Jej życie zmienia się kiedy jej sąsiadem zostaje Paul Varjak, mówiący o sobie, że jest pisarzem, ale tak naprawdę para się tym samym co Holly. Można by rzecz, że to nie prawdopodobne, że dwójka tak podobnych i tak dobrze się rozumiejących ludzi spotka się w Nowym Jorku. Paula różni  się jednak realistycznym podejściem do życia, on ma świadomość, że świat nie koniecznie jest piękny, a przed jego okrucieństwami nie da się nigdzie schować- nawet u Tiffany'ego. W jego duszy jednak od czasu do czasu również odzywa się romantyczna natura- lubi patrzeć na niebo pełne gwiazd.  
Czy ta dwójka nieszczęśliwych Nowojorczyków ma szansę znaleźć szczęście? Trudno pomyśleć, że Truman Capote pisząc tą powieść nie myślał o Audrey. Jego wybranką była Marylin Monroe.  To ona była pierwowzorem Holly. I mimo tego, że Akademia Filmowa utytułowała Audrey swoją nagrodą za inną rolę. To w pamięci fanów najbardziej wpisała się właśnie tą rolą.  Szkoda, że takich filmów już się nie robi. Jeżeli jeszcze nie wyrośliście z bajek to koniecznie obejrzyjcie 'Śniadanie u Tiffany'ego'.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Blue Valentine


Tak podoba mi się Ryan Gosling i mam słabość do niego.  W ocenie jego aktorstwa obiektywna nie jestem i pewnie nie będę nigdy. Przez wzgląd na słabość do niego staram się być na bieżąco z filmami w, których występuje. Tak też nie mogłam ominąć 'Blue Valentine'. O miłości powiedziano chyba już wszystko, masa piosenek, filmów, książek i innych dzieł. A najoryginalniejszą jej definicję znalazłam u Bukowskiego: "Miłość jest jak wór śmierdzących odpadków, który próbuje się przenieść na plecach przez spieniony strumień cuchnących szczyn". Jak wleciała do mej głowy, to już wyjść nie może.  Nikt nie umie pisać tak pięknie, a zarazem brzydko o miłości jak Bukowski. I nie ma w tym ani nuty fałszu.

Taka też jest miłość w filmie Dereka Cianfrance. Miłość w kolorze 'blue'. To historia związku Deana (Ryan Gosling) i Cindy ( Michelle Williams). I jak to bywa w życiu, na początku jest zauroczenie, fascynacja, pięknie, obiecująco, podniecenia, motylki w brzuchu i cała masa innych symptomów, raczej przyjemnych. A później gdzieś w rutynie życia to wszystko się gubi i przepada, pojawia się znużenie, wkurzenie, zirytowanie, obojętności i w końcu nienawiść. Reżyser próbuje dociec, kto jest  w tym przypadku jest odpowiedzialny za rozpad tego związku? Żadne z nich nie jest 'czyste', obydwoje mają grzeszki na sumieniu, Dean- alkohol i stanie się człowiekiem bez jakichkolwiek ambicji, Cindy bycie zimną, oschłą i ciągle obrażoną na cały świat.   Cianfrance pokazuje nam dwa różne światy, jeden bardziej 'valentine', a zaraz potem ten kompletnie inny 'blue'.

Chyba każdy oglądając ten film nie jest wstanie nie odnieść  się do swojego życia, porusza od środka, jest jak sumienie. I powiem Wam, że dobrze jest zobaczyć taki film, bo gdzieś w gąszczu komedii romantycznych lub wszystkich innych filmów, gdzie wątki miłosne kończą się happy endem, dobrze, że ktoś nie boi się pokazać czegoś innego, prawdziwego, może nie wygodnego.  Bo z miłością jest, jak z kwiatem, niepodlewany usycha, i zostaje brzydki badyl, trzeba regularnie o nią dbać. Obejrzyjcie, bo naprawdę  warto. 

sobota, 30 listopada 2013

Jak poznałem waszą matkę


Dzisiaj miałam nie lada problem. Nie miałam pomysł o czym, by tu Wam napisać. Pogoda u mnie nijaka ( mam nadzieję, że u Was lepsza), taka jakaś 'zgniła', ja też jakaś taka nijaka, krótko mówiąc nic mi się nie chciało, najchętniej spędziłabym cały dzień w łóżku ( jakkolwiek, by to zabrzmiało). I tak siedziałam  i myślałam i nic i ciągle nic. Już nawet stwierdziłam, że wpisu dzisiaj nie będzie. A jednak jak widzicie jest.

Co mnie zainspirowało ? Dwie proste rzeczy- kalendarz i klucze. Rzut okiem na kalendarz przypomniał mi, że w końcu dzisiaj Andrzejki, a klucze o wróżbach andrzejkowych. Wszyscy gdzieś i kiedyś mieli z nimi na pewno do czynienia. Co prawda skierowane one są ponoć tylko do pań, panowie też mogą próbować, ale skuteczność nie jest gwarantowana. Jednak dotyczą tematu, który każdego tak naprawdę dotyczy, czy się przyznaje do tego, czy nie, świadomie, czy nie świadomie, każdy szuka, bądź szukał tej drugiej połówki. I właśnie o tej trudnej sztuce poszukiwania, tej jedynej/ jedynego jest serial 'Jak poznałem waszą matkę'.

Mówią o trudnej, bo w serialu to długa historia, trwa, aż dziewięć sezonów, a każdy po dwadzieścia cztery odcinki. I tak historia zaczyna się w 2030 kiedy architekt Ted Mosby wpada na pomysł, aby opowiedzieć swoim dzieciom, w jaki sposób to poznał ich mamę. Ted ma gadane i dużo wody w rzece upłynie za nim skończy. W międzyczasie za to uda mu się opowiedzieć o wszystkich możliwych śmiesznych, bądź mniej śmiesznych historiach z życia jego 'paczki', zwanej ciociami i wujkami. A trzeba przyznać, że bohaterowie tego serialu, to właśnie powód jego oglądania. Wszyscy się od siebie diametralnie różnią, nie przeszkadza to im  w uzupełnianiu się w każdej możliwej sytuacji.

Jest wspomniany wcześniej Ted- poszukujący 'tej jedynej', Robin, Kanadyjka, która ciągle balansuję pomiędzy karierą dziennikarki, a związkami,  Lily i Marshall- to jedna z tych par, które są jednym organizmem, zawsze razem, no i Barney, który "It's legendary', kto widział choć jeden odcinek, zrozumie, o co chodzi z tym legendarnym.

Duża część ogląda ten serial tylko i wyłącznie  dla Barneya, ale moim faworytem chyba jednak jest Marshall. Jest śmiesznie, bohaterowie zabawni, chociaż przyznam, że dziewięć sezonów to dla mnie chyba za dużo, co prawda może ja za szybko się nudzę. Nie sposób nie zauważyć podobieństwa do 'Przyjaciół'.  Bo tu i tu mamy grupę przyjaciół, ich rozterki miłosne, śmieszne przygody, no i forma sitcomu. Który lepszy ? Zdania są podzielone, ja jednak wolę 'Przyjaciół', co nie przeszkadza mi w oglądaniu ' Jak poznałem waszą matkę', jeżeli chcecie poprawić sobie humor, bo jesień was wkurza to jest to idealna propozycja. Do wiosny powinno wystarczyć odcinków. 

piątek, 29 listopada 2013

Bloger


Mam dosyć sceptyczne podejście do wszelkich poradników. Nie kupuje ich, nie czytam, jedynie przeglądam od czasu do czasu, nigdy jednak żaden z nich jakoś specjalnie nie zainteresował mnie.  Mam wrażenie, że większość autorów tych książek, to ludzie, którym raz się udało coś osiągnąć i to jest tylko powodem dlaczego piszą swój poradnik. Gdyby było tak prosto, że powtarzając czyjś sposób na sukces, osiągniemy na sto procent to samo co autor, nasz świat wyglądałby inaczej, byłby zdecydowanie piękniejszy, a my szczęśliwsi. Dlatego nie czytam poradników, szkoda mi na nie czasu, wydaję mi się, że jako osoba myśląca, sama jestem w stanie, wymyślić jakiś sensowny sposób na osiągnięcie jakiegoś celu. Wyznaję również zasadę, że w życiu czasami trzeba mieć farta, trzeba być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, a gdzie jest to miejsce i kiedy jest ten odpowiedni czas to jedna wielka niewiadoma. Metody osiągania sukcesu nie są uniwersalne.

Jako stosunkowo nowa blogerka, mój blog ma tylko 2 miesiące, blogosfera nie jest do końca przestrzenią w której czuje się pewnie. Wydaję mi się, że mniej więcej wiem, jak to działa, co powinnam robić, aby być ciekawym i czytanym blogerem, wszystko to stanowią wnioski z własnej obserwacji innych blogów.  O Tomku Tomczyku-Kominku słyszałam, od czasu do czasu czytam jego bloga, przyznam, że nie jest to mój ulubiony bloger, jak w przypadku każdego bloga, niektóre jego teksty wolę bardziej inne mniej, znam też blogerów, których uważam po prostu za lepszych od niego, których teksty są ciekawsze.  


Cieszę się, że nie boi się wygłaszać swoich opinii,  choć niektóre sprawiają, że się 'gotuję' dosłownie. Przyznam, że pomimo to wczorajszy wieczór spędziłam z Tomkiem, a właściwie jego książką, poradnikiem-'Bloger', to pierwszy poradnik, który przeczytałam. Naprawdę inspirujący. Znalazłam w nim wiele odpowiedzi na nurtujące mnie pytania dotyczące blogowania, wiele z jego stwierdzeń potwierdziło się z moimi przewidywaniami. Pewnie kilka wskazówek wykorzystam, z częścią się zgadzam, ale nie koniecznie ich użyję.  Wszystko okraszone anegdotkami związanymi z jego blogiem.
Można spokojnie nazwać tę książkę-'Biblią dla blogerów'. Tak naprawdę to gdyby nie fakt, że piszę bloga, nie przeczytałabym jej, tak też mogę powiedzieć polecam szczególnie blogerom i fanom Kominka. Jeżeli po nią sięgnięcie, to pamiętacie o tym, żeby mimo wszystko czytając 'Blogera' mieć własny rozum i traktować wszystko co jest w niej zapisane z dozą krytycyzmu.

czwartek, 28 listopada 2013

Pani Bovary


Mark Twain kiedyś powiedział, że" Klasyka, to to, co wszyscy chcieliby przeczytać i czego nikt nie czyta" i miał rację. Ja przyznam się, że obserwuję, ze skrytą ciekawością, co czytają Polacy, oczywiście, jeżeli coś czytają. W pociągach, tramwajach, autobusach, poczekalniach, czy to u fryzjerów, czy lekarzy, w parkach, na plażach, wszędzie tam gdzie widzę kogoś z książką, i bardzo rzadko są to pozycje związane z tak zwaną klasyką. Broń Boże nie potępiam, książki mają sprawiać przyjemność, a te klasyczne pozycje, nie każdemu sprawiają, mam tego świadomość. Są trudniejsze do przebrnięcia, bo język nie dzisiejszy i problemy nie współczesne, dlatego częściej sięgamy po te nowości. Z najświeższymi tytułami jest też tak, że one po prostu są bardziej reklamowane i wyeksponowane we wszystkich możliwych księgarniach. Na klasykę natomiast lubimy się powoływać, często nieświadomie, czasami świadomie, aby to wykazać swoją elokwencję. Prawda taka, że mało kto ją czyta, szczególnie jeżeli chodzi o te młodsze pokolenie. Ja sama bez win też nie jestem coś tam z niej przeczytałam, ale są pozycje, które ciążą mi jak grzechy na sumieniu i wiem, że muszę je przeczytać. Wolę być w tyle z nowościami, a zająć się klasyką. I dzisiaj podejmę się syzyfowego zadania spróbuję Was zachęcić do właśnie jednej z tych klasycznych pozycji. Mam nadzieję, że nie będzie to walka z wiatrakami.
To jedna z tych najważniejszych pozycji w moim życiu, a mowa o 'Pani Bovary'. Zawsze gdzieś ciągnęło mnie do psychologii, to poznawania tajnik ludzkiej duszy, a Emma Bovary stanowi idealną jednostkę do badania. Flaubert z niemal chirurgiczną precyzją kreuje ją. Wydawać się może dosyć niecodziennym, że to właśnie mężczyzna stworzył, tak dokładny i prawdziwy obraz kobiety. Nie jest to dzieło przypadku. Flaubert za nim stworzył Emmę, przyglądał się kobietom i to tym prawdziwym z krwi i kości. Chciał stworzyć powieść, której szczegóły byłyby nienaganne i udało mu się to. Teraz słów kilka o tytułowej Pani Bovary, to kobieta kochająca kicz na wszystkich płaszczyznach jej życia, pretensjonalna, typowa antybohaterka, ale czytając Flauberta nie sposób jej nie współczuć i próbować zrozumieć. Duże piętno na jej życie wywarło dzieciństwo- spędzone na wsi, z którego pragnęła się wyzwolić, całe życie marzyła o księciu na białym koniu, który by jej w tym pomógł, więc kiedy w jej życiu pojawił się Karol Bovary, nie mogła odrzucić takiej propozycji, miała nadzieję na ekscytujące życie u jego boku. Rzeczywistość, jak to najczęściej się zdarza nie sprostała jej oczekiwaniom. Karol według niej okazał się irytująco nudny, a rozmowa z nim była 'płaska niczym ulicznym chodnik', a Emma po prostu pragnęła poznać znaczenie słów szczęście, namiętność, wciąż marzyła o miłości wyjątkowej, o mężczyźnie, który będzie odgadywał jej najskrytsze myśli, który zapewni jej piękne stroje, będzie zabierał ją na bale. Tak też wdawała się w romanse, chciała przeżyć to co bohaterki jej ulubionych powieści Waltera Scotta. Szła na oślep za swoimi pragnieniami, a tak naprawdę to nie do końca 'swoimi', bo one nie pochodzą od niej. Była pozbawiona własnej tożsamości. Wszystko u niej to pozory. 
Narastała u niej irytacja i nienawiść, a to wszystko z goryczy jej życia. Przestała widzieć nadzieję na zmianę, bo lata leciały, a w jej życiu nic się nie zmieniało. Żyła w bezsensownym świecie własnej iluzji. Sama doprowadza siebie do klęski i szaleństwa. Tematyka dosyć sztampowa, za to Flaubert zdecydowanie stworzył niesztampową powieść. Często 'puszcza oko' do czytelników w postaci żartów lub ironii. Pomimo tego, że historia ta została stworzona wiele lat temu, to nadal jest niezwykle uniwersalna. W dzisiejszym świecie też żyją Emmy. Bo czy każdy z nas nie nigdy nie pragnął czegoś irracjonalnego, nie chciał więcej, mocniej, silniej żyć ? Ja chciałam.